piątek, 29 czerwca 2012

Chcemy Go mieć, aby móc się Nim posługiwać

Gdy Biblia stwierdza, że człowiek powstał na podobieństwo Boga, nie ośmielamy się dodawać od siebie „na wierne podobieństwo Boga”, gdyż uczynilibyśmy w ten sposób człowieka repliką Boga, przez co zatracilibyśmy Bożą wyjątkowość, co z kolei oznaczałoby utratę samego Boga. Byłoby to równoznaczne z rozbiciem nieskończenie wysokiego muru, odgradzającego: „To, co jest Bogiem” od „tego, co nie jest Bogiem”. Myśl o tym, że stworzenie i Stwórca są w swej istocie podobni, odbiera Bogu większość Jego przymiotów i redukuje Go do statusu stworzenia. Oznacza to, na przykład, pozbawienie Boga Jego nieskończoności, gdyż we wszechświecie nie mogą istnieć dwie nieskończone substancje. Oznacza to także pozbawienie Boga Jego wszechwładzy, albowiem istnienie we wszechświecie dwóch istot o całkowicie wolnej woli wcześniej czy później doprowadziłoby do ich zderzenia. Ze względu choćby na te dwa przymioty - w tym miejscu nie ma potrzeby wydłużać ich listy - konieczne jest, aby istniała tylko jedna obdarzona nimi istota.

Gdy próbujemy przedstawić sobie jaki jest Bóg, z konieczności zmuszeni jesteśmy posługiwać się. Jako materiałem wyjściowym dla naszego umysłu: „tym, czym Bóg nie jest”. Cokolwiek wyobrażamy sobie jako Boga, nie jest Nim, gdyż budujemy nasze wyobrażenie z tego, co Bóg stworzył, a to, co stworzył Bóg, nie jest samym Bogiem. Jeśli upieramy się przy wyobrażaniu sobie Boga, doprowadza nas to do tworzenia sobie bożka, co prawda nie za pomocą własnych rąk, lecz za pomocą umysłu; a bożyszcze naszego umysłu jest równie obraźliwe dla Boga jak bożyszcze będące dziełem naszych rąk.

„Intelekt wie, że jest Ciebie nieświadomy” - powiedział Mikołaj z Kuzy - „ponieważ wie, że Ty nie możesz być znany, dopóki nieznane nie zostanie poznane, niewidzialne zobaczone, a nieosiągalne osiągnięte.” Gdyby ktokolwiek przedstawiał ideę, dzięki której można Ciebie pojąć - rozwija myśl Mikołaj z Kuzy: „wiem, że owa idea nie jest ideą Ciebie, gdyż każda idea kończy się przed bramą do Raju... Dlatego też każdy, kto pragnie przekazać swoje rozumienie Ciebie w nadziei dostarczenia środka, dzięki któremu Ty mógłbyś być pojęty, jest nadal daleko od Ciebie... tak daleko, jak Ty jesteś całkowicie ponad wszelkie idee, jakie człowiek zdolny jest tworzyć”. (Mikołaj z Kuzy „The Vision of God” – „Wizja Boga”  s. 58 – 60)

Pozostawieni sami sobie, mamy silną skłonność do sprowadzania Boga do kategorii, którymi potrafimy operować. Chcemy Go mieć, aby móc się Nim posługiwać lub przynajmniej wiedzieć, gdzie On jest, gdy Go potrzebujemy. Pragniemy Boga, nad którym mielibyśmy jakąś kontrolę. Potrzebne nam jest poczucie bezpieczeństwa pochodzące z wiedzy o tym, jaki jest Bóg, a to, jakim On jest, stanowi zlepek wszystkich widzianych przez nas obrazów o treści religijnej, wszystkich najlepszych ludzi, których poznaliśmy lub o których słyszeliśmy i wszystkich wzniosłych idei, jakie zdołaliśmy sobie przyswoić.

Jeśli wyżej powiedziane dziwnie brzmi dla naszego ucha, to jedynie dlatego, że od pół wieku mieliśmy Boga za coś nam ofiarowanego. Chwała Boska nie objawiła się dopiero współczesnemu pokoleniu ludzkiemu. Pojęcie Boga współczesnych chrześcijan stoi tylko nieznacznie wyżej od pojęcia bogów Greków i Rzymian, jeśli nie niżej - gdyż w ich rozumieniu jest On słaby i bezsilny, podczas gdy tamci bogowie mieli przynajmniej władzę.

A.W. Tozer  z książki „Poznanie Świętego”

piątek, 22 czerwca 2012

Bóg jest niepojęty


O Panie, stoimy przed wielkim dylematem. W Twojej obecności cisza najbardziej nam przystoi, lecz miłość rozpala nasze serca i zmusza nas do mówienia. Gdybyśmy potrafili to całości zachować ofiarowany nam spokój, rozległoby się wołanie kamieni, ale skoro już nie możemy pohamować się od mówienia, to co powinniśmy mówić? Nauczaj nas, abyśmy poznali to, czego wiedzieć ni możemy, bo rzeczy Boskich nie zna żaden człowiek, a tylko Duch Boga. Niech wiara wspiera nas tam, gdzie braknie nam zrozumienia; mamy myśleć, ponieważ wierzymy, a nie abyśmy mogli uwierzyć. W imię Jezusa. Amen

I dziecko, i filozofa, i wierzącego nurtuje pytanie: „Jaki jest Bóg”? Niniejsza książeczka jest próbą odpowiedzi na nie. Lecz już na samym początku muszę się zastrzec, że na pytanie to nie ma odpowiedzi, jeśli nie zaznaczymy, że Bóg nie jest podobny do niczego, tzn. nie jest On dokładnie taki, jak jakakolwiek rzecz lub jakiekolwiek stworzenie. Uczymy się przechodząc do nieznanego, po moście znanych nam rzeczy. Umysł nasz nie jest zdolny do nagłych przeskoków od rzeczy znanych do całkiem obcych. Nawet najżywszy i najśmielszy umysł przez sam spontaniczny akt wyobraźni nie potrafi stworzyć czegoś z niczego. Dziwne stworzenia, zaludniające świat mitologii i zabobonów nie są li tylko wytworami czystej fantazji. Wyobraźnia tworzy je 1 posługując się zwykłymi mieszkańcami ziemi, powietrza i wody - przenosząc je poza naturalne ich granice lub łącząc właściwości dwóch lub więcej istot w nową całość. Bez względu na to, jak piękne czy groteskowe będą to twory, ich prototypy są rozpoznawalne - możemy je wskazać dzięki podobieństwu nowo powstałych postaci do znanych nam istot i rzeczy.

Wysiłki natchnionych osób, aby przekazać nam rzeczy niewyrażalne, widoczne są zarówno w warstwie myślowej jak i językowej Pisma świętego. Ponieważ ludzie, dla których spisywano objawieni? świata nadnaturalnego, jak też ich umysły stanowią część natury, a autorzy takich przekazów, aby być zrozumianymi, uciekali się do licznych porównań. Gdy Duch zapoznaje nas z czymś wykraczającym poza obszar naszej wiedzy, wskazuje nam na podobieństwo rzeczy nowej do innej, dobrze nam znanej. Tak jednak formułuje swój opis, aby uchronić nas przed dosłownym rozumieniem. Na przykład, prorok Ezechiel gdy zobaczył, jak otworzyło się niebo i ukazał się Bóg, nie potrafił opisać tego, co ujrzał w znanych sobie kategoriach. To, co zobaczył, było całkowicie odmienne od tego, co znał dotychczas. Dlatego odwołał się do języka porównań: „W środku pomiędzy tymi istotami żyjącymi, pojawiły się jakby żarzące się w ogniu węgle, podobne do pochodni” (.Ezechiel 1:13)

Im bardziej zbliżał się Ezechiel do rozświetlonego tronu, tym coraz mniej pewne stawały się jego
określenia: „A nad tym, co wyglądało na tron, u góry nad nim, było coś z wyglądu podobnego do człowieka. A wyżej ponad tym, co wyglądało na jego biodra, widziałem jakby blask polerowanego kruszcu, z  wyglądu jak ogień wewnątrz niego, a w dół od tego, co wyglądało na jego biodra, widziałem coś, co wyglądało na ogień i wokoło niego blask. Jak wygląda tęcza (...), tak wyglądał blask tego, co pojawiło się jako chwała Pana”. (Ezechiel 1:26-28)

Mimo pewnej dziwności, język Ezechiela nie sprawia wrażenia fantastyczności, co skłania nas ku opinii, że opisywana scena jest bardzo realna, lecz całkiem odbiegająca od wszystkiego, znanego dotąd na ziemi. Z tego też powodu prorok, pragnąć przekazać sens tego, co zobaczył, musiał uciekać się do takich sformułowań, jak: „miało  wygląd”,   „podobne do”, „jakby”. Nawet tron staje się tym, co „miało kształt tronu”, a Ten, który na nim zasiadał, chociaż był podobny do człowieka, był zarazem tak do niego niepodobny, że mógł być opisany jedynie jako; „zarys postaci człowieka”.

A.W. Tozer  z książki „Poznanie Świętego”

środa, 20 czerwca 2012

Rzesze jego wyznawców zaczynają wierzyć w innego Boga

Bóg zrodzony w upadłym sercu nie może być podobny do prawdziwego Boga. W jednym z psalmów Bóg powiada do podłego człowieka: „Czy myślisz, że - jestem podobny do ciebie”? Psalm 50:21 Takie przeświadczenie z pewnością musi być wielką obrazą dla Boga Najwyższego, przed którym cherubini i serafini stale wznoszą wołania: „Święty, Święty, Święty, Pan Bóg Zastępów”.

Wystrzegajmy się, abyśmy w pysze swej nie popadli w błędne przekonanie, że bałwochwalstwo polega jedynie na oddawaniu pokłonu widzialnym obiektom adoracji, a więc nie stanowi zagrożenia dla ludzi cywilizowanych. Istotą bałwochwalstwa jest przyjęcie poglądów o Bogu niegodnych Boga. Bałwochwalstwo rodzi się w umyśle ludzkim i może istnieć bez żadnych przejawów w postaci czynności kultowych.

Paweł pisał do Rzymian: „Ponieważ, choć Boga poznali, nie oddali Mu czci, jako Bogu ani Mu nie dziękowali, lecz znikczemnieli w swoich myślach i zaćmione zostało bezrozumne ich serce”. Rzym 1:21 Wówczas ludzie zaczęli czcić bóstwa uczynione na własne podobieństwo oraz na podobieństwo ptaków i zwierząt. Ale ten łańcuch regresji zapoczątkowany został w umyśle. Wypaczone idee Boga nie są jedynymi źródłami, z których wypływa brudna woda bałwochwalstwa. Owe idee same w sobie są bałwochwalcze. Bałwochwalca po prostu przedstawia sobie różne zmyślone rzeczy o Bogu i zachowuje się tak, jak gdyby były one prawdziwe.

Pod wpływem spaczonych pojęć o Bogu, w krótkim czasie religia, w której się one pojawiły zaczyna gnić. Dzieje Izraela obrazują to najdoskonalej, a historia Kościoła zasadę tę potwierdza. Dlatego dla Kościoła niezbędne jest kultywowanie wzniosłej idei Boga, a gdy ta idea choćby w najmniejszym stopniu zostaje umniejszona, następuje upadek Kościoła wraz z jego kultem i normami moralnymi. Pierwszym krokiem na drodze upadku jest odstąpienie Kościoła od własnych wzniosłych poglądów na Boga. Gdziekolwiek Kościół  chrześcijański ma upaść, występuje najpierw zepsucie wyznawanej przez niego  teologii. Kościół zaczyna wówczas otrzymywać nieprawdziwe odpowiedzi na pytanie „Jaki jest Bóg”?. Od tego zaczyna się psucie. Mimo, że Kościół może jeszcze czepiać się zdrowego wyznania wiary, jego praktyczne, widoczne w czynach wyznanie wiary ulega zafałszowaniu. Rzesze jego wyznawców zaczynają wierzyć w innego Boga niż jest On w rzeczywistości; w ten sposób zaczyna się szerzyć zabójcza i podstępna herezja.

Najtrudniejszym zadaniem spoczywającym na obecnym Kościele  chrześcijańskim  jest oczyszczenie i wywyższenie koncepcji Boga tak, aby znów stała się ona godna Boga... i samego Kościoła. We wszystkich modlitwach i pracach Kościoła troska ta powinna stać na pierwszym miejscu. Naszą największą służbą dla następnego pokolenia chrześcijan jest przekazanie im w nie zamazanej i nie pomniejszonej formie szlachetnej koncepcji Boga otrzymanej od naszych żydowskich i chrześcijańskich  praojców. Będzie ona miała dla nich większą wartość niż wszelkie możliwe osiągnięcia sztuki czy nauki.

O Boże Betelu, z którego ręki
Lud Twój wciąż jest wyżywiony,
O Ty, który w tej uciążliwej pielgrzymce
Prowadziłeś wszystkich naszych ojców!
Nasze śluby, nasze modlitwy składamy teraz
Przed tronem Twej łaski
Boże naszych ojców! Bądź Bogiem
Kolejnego ich pokolenia.
Philip Doddridge

A.W. Tozer  z książki „Poznanie Świętego”

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Właściwa koncepcja Boga jest sprawą wielkiej wagi

Właściwa koncepcja Boga jest sprawą wielkiej wagi nie tylko dla teologii systematycznej, lecz także dla praktyki życia chrześcijańskiego. Jest ona dla kultu tym, czym fundamenty dla świątyni: tam, gdzie są one nieodpowiednie lub ulegają odchyleniu, cała struktura wcześniej czy później się zawali. Sądzę, że każdy błąd w doktrynie i każde niepowodzenie w stosowaniu etyki chrześcijańskiej po jakimś czasie ujawni się w postaci wadliwych lub podstępnych myśli o Bogu.

W moim osobistym odczuciu rozpowszechniona w połowie XX wieku chrześcijańska koncepcja Boga upadła poniżej godności Boga Najwyższego i stała się dla swych wyznawców czymś w rodzaju katastrofy moralnej. Wszystkie problemy nieba i ziemi, nawet gdybyśmy mieli stanąć wobec nich wszystkich naraz, okazałyby się niczym w porównaniu z przeogromnym problemem o Bogu: że On jest, jaki jest On i co my, jako istoty moralne, powinniśmy w związku z tym robić!

Człowiek, który dochodzi do właściwego przekonania o Bogu, uwalnia się od tysięcy doraźnych problemów, gdyż dostrzega, że dotyczą one spraw, które w większości nie mogą obchodzić go przez dłuższy okres czasu. Lecz gdyby nawet został on uwolniony od brzemienia licznych bieżących problemów, jeden potężny ciężar - problem wieczności - przygniótłby go mocniej niż wszystkie razem wzięte nieszczęścia tego świata. Ten wielki ciężar związany jest ze zobowiązaniem człowieka wobec Boga. Obejmuje on naglący i dożywotni obowiązek miłowania Boga całym naszym umysłem i duszą, obowiązek całkowitego posłuszeństwa i wielbienia Go w akcentowany przez Niego sposób. A kiedy nieustannie czuwająca świadomość mówi mu, że nie dopełnił żadnej z tych rzeczy, lecz od dziecięctwa podstępnie buntował się przeciwko Majestatowi w niebie, nacisk samooskarżeń może okazać się zbyt silny, aby go wytrzymać.

Ewangelia jest w stanie uwolnić umysł od tego niszczącego ciężaru, przydać piękna zamiast popiołu, przyozdobić szatą chwały - zamiast zgnębieniem na duchu. Lecz dopóki człowiek nie poczuje brzemienia potrzeby, Ewangelia nic nie będzie dla niego znaczyć, i dopóki nie ujrzy Boga wyniesionego wysoko, nie odczuje żadnego żalu ani brzemienia potrzeby. Ograniczone patrzenie na Boga niszczy Ewangelię. Jednym z grzechów, do jakich najbardziej skłonne jest nasze serce - grzechem zapewne najcięższym wobec Boga - jest bałwochwalstwo, będące w swej istocie najzłośliwszym paszkwilem na naturę Boga.

Bałwochwalcze serce zakłada, że Bóg jest kimś innym niż jest w rzeczywistości - co samo w sobie jest strasznym grzechem - i na miejsce Boga wprowadza Jego namiastkę, stworzoną na własne podobieństwo. Taki bóg zawsze będzie odpowiadał wyobrażeniom tego, kto go stworzył i będzie podły lub czysty, okrutny lub łagodny - w zależności od moralnego stanu umysłu, który go zrodził.

A.W. Tozer  z książki „Poznanie Świętego”

piątek, 15 czerwca 2012

Wzywają Ciebie innego niż jesteś

O Panie Boże Wszechmogący, nie Boże filozofów i mędrców, lecz Boże proroków i apostołów, a najlepiej - Boże i Ojcze naszego Pana Jezusa Chrystusa, czyż zdołam wyrazić prawdę o Tobie? Ci, którzy Ciebie nie znają, wzywają Ciebie innego niż jesteś, a więc i wielbią nie Ciebie, lecz twór własnej wyobraźni. Dlatego oświeć nasze umysły, abyśmy mogli poznać Ciebie takim, jakim jesteś i abyśmy mogli to sposób doskonały miłować Ciebie i godnie Cię wychwalać. W imię Jezusa Chrystusa, Pana naszego. Amen.

To, co przychodzi nam do głowy, gdy myślimy o Bogu, najpełniej nas określa. Historia ludzkości kiedyś zapewne wykaże, że ludzie nie są zdolni przerosnąć własnej religii, a bieg duchowego rozwoju człowieka potwierdzi, że żadna religia nie jest zdolna przerosnąć swojej idei Boga. Wyznawany kult może być wzniosły lub płaski, w zależności od tego, czy jego wyznawca posiadł niższy czy wyższy poziom zrozumienia Boga. Z tego też powodu kluczowym problemem Kościoła po wsze czasy pozostanie sam Bóg, zaś w człowieku najważniejsze będzie nie to, co w danej chwili mówi lub czyni, lecz jak w głębi swego serca pojmuje Boga - jak Go widzi. Za sprawą tajemnego prawa naszych serc mamy skłonność do postępowania według własnego wyobrażenia Boga. Dotyczy to nie tylko pojedynczych chrześcijan, lecz także wspólnoty chrześcijańskiej tworzącej Kościół. Zawsze najwięcej o Kościele mówi nam jego idea Boga. Podobnie najważniejsze w działalności Kościoła jest to, co mówi nam o Bogu, a co przemilcza - gdyż jego milczenie częstokroć wymowniejsze jest od mowy. Kościół nie może nie otwierać się na dawanie swego świadectwa o Bogu.

Gdybyśmy byli w stanie uzyskać od każdego człowieka pełną odpowiedź na pytanie: „Co przychodzi ci do głowy, gdy myślisz o Bogu?”, moglibyśmy z całą pewnością przepowiedzieć duchową przyszłość każdego człowieka. Gdybyśmy mogli dokładnie poznać, co nasi najbardziej wpływowi przywódcy religijni naprawdę myślą o Bogu, potrafilibyśmy ze znaczną dokładnością przewidzieć pozycję, jaką jutro Kościół będzie zajmować.

Bezsprzecznie najpotężniejszą myślą, dostępną umysłowi ludzkiemu jest myśl o Bogu, a najpotężniejszym w jakimkolwiek języku słowem - słowo określające Boga. Myśl i mowa są darami Boga dla istot stworzonych na Jego podobieństwo; łączą się one z Bogiem bezpośrednio i nierozerwalnie. Decydujące znaczenie miało pierwsze wypowiedziane Słowo: „A Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo”. (Ew. Jana 1:1) Możemy mówić, ponieważ Bóg mówił. W Nim słowo i myśl są nierozerwalne.

Sprawą niezmiernej doniosłości jest, czy nasza idea Boga możliwie najpełniej odpowiada prawdziwej istocie Boga. W porównaniu z naszymi autentycznymi sądami o Bogu, oficjalnie głoszone przez nas credo ma niewielkie znaczenie. Nasza własna niezafałszowana idea Boga może być pogrzebana pod śmieciami konwencjonalnej religijności i może wymagać wnikliwości i energicznych poszukiwań nim w końcu ukaże swe prawdziwe oblicze. Dopiero po ciężkich próbach bolesnego samopoznawania się możemy odkryć, w co naprawdę wierzymy.

A.W. Tozer  z książki „Poznanie Świętego”

czwartek, 14 czerwca 2012

"Poznanie Świętego"- Przedmowa

Prawdziwa religia konfrontuje ziemię z niebem i obdarza czas wiecznością. Posłaniec Boga, Jezus Chrystus, mimo iż mówi w imieniu Boga, musi także - jak powiadają kwakrowie - odwoływać się do rzeczywistości swych słuchaczy, w przeciwnym razie będzie mówił językiem znanym tylko sobie. Jego przesłanie musi cechować nie tylko ponadczasowość, lecz także poczucie czasu. Musi być ono adresowane do tego właśnie, a nie innego pokolenia Bożego.

Przesłanie tej książki - mimo, że zrodziły je warunki od paru dobrych lat występujące w Kościele i stale się pogarszające, nie wywodzi się z teraźniejszości, choć jest do niej dostosowane. Mam tu na myśli zatracenie w szerokiej religijnej świadomości społecznej pojęcia majestatu Bożego. Niegdyś Kościół wyrzekł się wzniosłego pojęcia Boga i na jego miejsce wprowadził nowe, tak ograniczone i przyziemne, że aż niegodne ludzi naprawdę myślących i czczących Boga. Nie uczyniono tego rozmyślnie, lecz stało się tak stopniowo, krok po kroku, bez wiedzy Kościoła, którego nieświadomość rzeczy czyni własną sytuację jeszcze bardziej tragiczną.

Niemal powszechne przyjęcie przez chrześcijan tego okrojonego poglądu na Boga, stało się powodem licznych pomniejszych nękających nas nieszczęść. Cała nowa filozofia życia chrześcijańskiego wywodzi się z tego kardynalnego błędu w myśleniu religijnym.

Po utracie poczucia majestatu nastąpił zanik bojaźni Boga i świadomości Bożej obecności. Zatraciliśmy ducha nabożeństwa i zdolność do wycofywania się do własnego wnętrza, aby w pełnej uwielbienia ciszy witać Boga. Współczesne chrześcijaństwo po prostu nie wykształca u chrześcijan zdolności doceniania lub doświadczenia życia w Duchu. Słowa: „Zatrzymajcie się i we Mnie uznajcie Boga", (Ps. 46:11) prawie że nic nie znaczą dla zadufanych w sobie, wiecznie zakrzątanych czcicieli Boga połowy XX wieku.

Pojęcie majestatu zanika w czasach, kiedy ruchy religijne odnotowują bezprzykładne osiągnięcia, a kościoły prosperują lepiej niż kiedykolwiek na przestrzeni ostatnich kilku wieków. Zatrważa jednak to, że nasze osiągnięcia są głównie zewnętrzne, podczas gdy straty - duchowe. A ponieważ jakość naszej religii zależy od czynników duchowych, może się okazać, że nasze domniemane osiągnięcia są w rzeczywistości stale zwiększającymi się stratami.

Jedynym sposobem zrekompensowania tych strat jest powrócenie do ich źródeł i naprawienie błędów, jak domaga się tego prawda. Nasze kłopoty spowodowane są regresem naszej wiedzy o Świętym. Ponowne odkrycie majestatu Boga doprowadzi do odzyskania strat duchowych. Niemożliwością jest utrzymanie zdrowych praktyk moralnych i właściwych postaw, gdy nasza idea Boga jest błędna i nieadekwatna. Jeśli chcemy przywrócić moc duchową naszemu życiu, musimy zacząć dokładniej przypatrywać się, jakim jest Bóg. Jako mój wkład w lepsze rozumienie Majestatu Niebiańskiego, ofiarowuję te oto pokorne rozważania nad przymiotami Boga. Gdyby dzisiejsi chrześcijanie czytywali dzieła Augustyna, Aureliusza czy Anzelma z Canterbury, nie byłoby potrzeby powoływania do życia niniejszej książki. Lecz wymienione przeze mnie osoby natchnione znane są współczesnym chrześcijanom tylko ze słyszenia. Wydawcy sumiennie wypuszczają nowe edycje tych dzieł, które zresztą trafiają na półki naszych bibliotek. Rzecz w tym, że na tych półkach pozostają. Obecne nastawienie religijne utrudnia ich czytanie nawet wśród wykształconych chrześcijan. Wielu z nas książki takie przypominają lata studiów, gdy byliśmy zmuszani do czytania klasyki religijnej. Wywołuje to uczucie zniechęcenia i chęć ucieczki od podobnych lektur.

Biorąc powyższe pod uwagę, możliwe że wysiłek, jaki przedsięwziąłem, okaże się całkiem pożyteczny. Ponieważ książka ta nie wymaga specjalnego wtajemniczenia ani nie ujmuje zagadnień od strony technicznej, w dodatku napisana jest językiem zwykłych czcicieli Boga bez jakichkolwiek pretensji do elegancji literackiej, może niektórzy zechcą ją przeczytać. I choć, jak sądzę, nie zawiera ona nic sprzecznego ze zdrową ideologią chrześcijańską, pisałem ją nie z myślą o teologach, lecz o najzwyklejszych ludziach, których serca przynaglają do poszukiwania Boga.

Żywię też nadzieję, że ta oto książeczka przyczyni się do rozwinięcia wśród nas religii płynącej z serca oraz do zachęty do rozpoczęcia praktyki medytacji nad istotą Boga. Byłoby to znacznie więcej niż wynagrodzenie za trudy, jakie w jej powstanie włożyłem.

A.W. Tozer  z książki „Poznanie Świętego”

wtorek, 12 czerwca 2012

Motyw jest najważniejszy

Abym był należycie zrozumiany i aby uniknąć nieporozumienia, chciałbym szczególnie podkreślić praktyczne skutki wynikające z nauki, której słuszności dowodzę, a mianowicie chodzi mi o świętą jakość codziennego życia. Oprócz pozytywnych znaczeń, jakie wynikają z tej nauki, powinienem dodać parę rzeczy, o które w niej nie chodzi. 
 
Nie oznacza to, na przykład, że wszystko, co robimy, lub możemy robić, ma taką samą rangę. Jeden czyn w życiu człowieka może znacznie różnić się od innego- czynu pod względem ważności. Wykonywanie namiotów przez Pawła nie równało się pisaniu Listu do Rzymian. Ale obie te czynności Bóg przyjął i obie były prawdziwymi aktami uwielbienia Boga. Oczywiście, ważniejsze jest przyprowadzenie duszy do Chrystusa, niż uprawianie ogrodu, ale praca w ogrodzie może być równie święta, jak zdobywanie duszy. 

Nie oznacza to też, że każdy człowiek jest tak samo użyteczny jak inny. W Ciele Chrystusa są różne dary. A usługa mniej obdarowanego brata jest tak samo czysta, jak usługa bardziej obdarowanego i Bóg przyjmuje obu z jednakową przyjemnością. 

"Laik" nie musi uważać swego skromnego zadania za niższe, niż praca jego duchownego. Niech każdy człowiek pozostaje wierny powołaniu, do którego został wybrany, a jego praca będzie tak samo święta, jak praca wykonywana przez duchownego. Nie to, co człowiek robi, określa czy jego dzieło jest święte czy świeckie, ale dlaczego to robi. Motyw jest najważniejszy. Jeśli człowiek uświęci Pana Boga w swym sercu, wówczas nie będzie mógł robić podłych rzeczy. Wszystko, co zrobi będzie dobre i miłe w oczach Boga przez Jezusa Chrystusa. Bo człowiek tak żyjący nie tylko sam będzie święty ale i cały świat będzie dla niego świątynią. Jego całe życie będzie kapłańską służbą. W czasie wykonywania swych nawet najprostszych rzeczy usłyszy głos serafina mówiącego: "Święty, Święty, Święty jest Pan Zastępów! Cała ziemia pełna jest Jego chwały!" /Iz.6.3/ 

Panie, chcę zaufać Ci całkowicie. Chcę być cały Twój. Będę wywyższać Cię ponad wszystko, Pragnę nie mieć żadnego poczucia własności z wyjątkiem Ciebie. Chcę być ciągle świadomy Twojej obecności i słyszeć Twój mówiący Głos. Tęsknię do życia w odpocznieniu szczerego serca. Chcę żyć w takiej pełni Ducha Świętego, aby moje myśli były miłym kadzidłem wznoszącym się do Ciebie, a każdy praktyczny czyn aktem chwały. Dlatego modlę się słowami Twego wielkiego sługi z dawnych czasów: "Błagam Cię abyś oczyścił zamiar mego serca Twym niewymownym darem łaski, abym mógł Cię doskonale kochać i godnie czcić" Wierzę, że wszystko mi dasz przez zasługi Jezusa Chrystusa, Twego Syna. Amen.
 
A.W. Tozer z książki Szukanie Boga
koniec książki

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Miejsce Najświętsze zostało otworzone dla wszystkich

Równolegle do błędu, o którym mówiliśmy,[ w poprzednim poście]  występuje błędne przeciwstawianie miejsc świętych miejscom świeckim. Dziwne to, że możemy czytać Nowy Testament i ciągle wierzyć w istnienie jakichś miejsc odznaczających się wrodzoną świętością, odróżniających się od innych miejsc. Błąd ten jest tak powszechny, że ogarnia uczucie osamotnienia, gdy podejmuje się z nim walkę. Zadziałał jak barwnik nadający kolor myśleniu ludzi religijnych i tak doskonale zabarwił oczy, że nie można zobaczyć jego fałszu. W świetle całej nauki Nowotestamentowej, a w przeciwieństwie do tego, co mówiono i śpiewano przez wieki oraz co zostało przyjęte jako część chrześcijańskiego zwiastowania, z całą pewnością jest to fałszem. 
 
Oto fakty, tak jak je rozumiem. Izrael mieszkał w Egipcie przez czterysta laty, otoczony niesłychanym bałwochwalstwem. W końcu Mojżesz ich wyprowadził i wyruszyli w kierunku ziemi obiecanej. Lecz jakakolwiek myśl o świętości była im obca. Aby zmienić ten stan, Bóg zaczął od podstaw. Bóg sam przyszedł do nich w słupie ognia i w słupie obłoku, a później, gdy zbudowano przybytek, zamieszkał w ogniu w Miejscu Najświętszym, Bóg uczył Izraela za pomocą niezliczonych rzeczy, jaka jest różnica między świętym i nieświętym. Były święte dni, święte naczynia, święte szaty. Były też obmywania, ofiary i rozmaite składanie darów. Tym sposobem Izrael uczył się, że Bóg jest święty. Właśnie tego Bóg ich uczył. Nie świętość rzeczy lub miejsca, ale świętość Boga Jahwe była prawdą, której musieli się nauczyć. 

Potem nastał wielki dzień, gdy pojawił się Chrystus. Od razu zaczął mówić: "Słyszeliście, że powiedziano przodkom... A Ja wam powiadam..." /Mat.5.21,22,2728,33,34,38,39,43,44/ Szkoła Starego Testamentu zakończyła się. Gdy Chrystus umarł na Krzyżu, zasłona w świątyni rozdarła się od góry do dołu. Miejsce Najświętsze zostało otworzone dla wszystkich wchodzących z wiarą. Przypomniano sobie słowa Chrystusa: "Nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca... Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie"./Jn.4.21;23-24/ 

Niedługo potem Paweł wydał okrzyk wolności i oznajmił, że wszystkie rodzaje mięsa są czyste, każdy dzień jest święty, wszystkie miejsca są święte, a każdy czysty czyn - miły Bogu. Świętość czasu i miejsca, połowiczne objawienie konieczne do kształcenia wybranego ludu, zostały zastąpione pełnym światłem duchowego oddawania czci. 

Istotne oddawanie czci w Duchu pozostawało w Kościele aż do chwili, gdy powoli, wraz upływem lat, zostało zagubione. Potem naturalny legalizm upadłych serc ludzi zaczął wprowadzać stary podział rzeczy. Kościół zaczął na nowo przestrzegać dni, pór i czasów: Wybrano i oznaczono pewne miejsca jako święte w szczególnym sensie. Zaczęto przestrzegać różnic między dniami, miejscami i ludźmi. Skutkiem oddzielenia świętego od świeckiego jest oddzielenie religii od życia. 

A.W. Tozer z książki Szukanie Boga

piątek, 8 czerwca 2012

ciało - cielesny sługa, który niesie nas przez życie

Załóżmy jednak, że nie ma tych wypaczeń i nadużyć. Wyobraźmy sobie człowieka wierzącego, chrześcijanina, w którego życiu stały się dwa bliźniacze cuda: pokuty i nowego narodzenia. Żyje teraz zgodnie z wolą Boga tak, jak rozumie to ze Słowa Bożego. Można by o takiej osobie powiedzieć, że każdy jej czyn jest lub może być tak samo święty, jak modlitwa, chrzest czy Wieczerza Pańska. Nie oznacza to jednak sprowadzenia wszystkich czynów do jakiegoś niskiego, martwego poziomu. Oznacza to raczej podniesienie każdego czynu do sfery życia i zmienianie całego życia w sakrament.
Jeśli sakrament jest zewnętrznym wyrażeniem wewnętrznej łaski, to możemy śmiało przyjąć powyższą tezę. Jeden akt całkowitego poświęcenia życia Bogu możemy potwierdzać każdym następnym czynem. Nie musimy się wstydzić naszego ciała - cielesnego sługi, który niesie nas przez życie jak Jezus nie wstydził się pokornego zwierzęcia, gdy wjeżdżał do Jerozolimy. Słowa: "Pan go potrzebuje" /Łuk.19.31.34/ - mogą się równie dobrze odnosić do naszego śmiertelnego ciała. Skoro Chrystus mieszka w nas, możemy również nosić na sobie Pana chwały, jak kiedyś to małe zwierzę, i dać tłumom okazję, by wołały: "Hosanna na wysokości".

Samo zrozumienie tej prawdy nie wystarcza. Jeśli chcemy uniknąć męczącego dylematu życia podzielonego na część świętą i świecką, ta prawda musi i wejść nam w krew i wpłynąć na całość naszego sposobu myślenia. Musimy zacząć praktycznie żyć dla chwały Boga, rzeczywiście i stanowczo. Poczucie wspaniałego znaczenia tej prawdy zawładnie nami, gdy będziemy ją rozważać, gdy będziemy często w modlitwach rozmawiać o niej z Bogiem, gdy będziemy ją sobie przywodzić na pamięć, przebywając wśród ludzi. Stara, bolesna podwójność zniknie przed pełną jednością życia. Znajomość faktu, że w całości należymy do Boga, że Bóg przyjął wszystko i niczego nie odrzucił, zjednoczy nasze wewnętrzne życie, a wszystko stanie się dla nas święte.

To jeszcze nie wszystko. Stare przyzwyczajenia tak łatwo nie umierają. Będzie to wymagało wysiłku rozumu i wielu gorących modlitw, by całkowicie uciec od sposobu myślenia o przeciwieństwie świętego i świeckiego.
Na przykład, przeciętny chrześcijanin może mieć trudność w przyswojeniu sobie tej myśli, że jego codzienna praca może być wykonywana jako czynność uwielbiająca, którą Bóg przyjmuje przez Jezusa Chrystusa. Czasami gdzieś w głowie pojawi się stara antyteza, by zmącić spokój umysłu. Również stary wąż, diabeł, nie spocznie. Zjawi się w szoferce, przy biurku lub na polu, by przypomnieć wierzącemu, że większą część swego dnia poświęca rzeczom tego świata, a religijnym obowiązkom poświęca tylko nieznaczną część swego czasu. Jeśli wierzący nie będzie się miał na baczności, spowoduje to zamieszanie, zniechęcenie i ciężar na sercu.

Jedyną, skuteczną radą na to jest praktyczne stosowanie aktywnej wiary. Musimy złożyć w ofierze Bogu wszystkie nasze czyny i wierzyć, że On je przyjmuje. A potem mocno w tym trwać i ciągle uporczywie trzymać się faktu, że każdy czyn każdej godziny dnia i nocy jest zawarty w tej transakcji. Przypominajmy Bogu w godzinach naszej indywidualnej modlitwy, że wszystko, co robimy, jest dla Jego chwały. A potem uzupełniajmy te chwile tysiącami modlitw zanoszonych w myślach podczas pracy zarobkowej. Ćwiczmy tę sztukę wykonywania wszystkiego jako służbę kapłańską. Wierzmy, że Bóg jest obecny we wszystkich naszych powszednich czynnościach i uczmy się Go tam znajdować.

A.W. Tozer z książki Szukanie Boga

czwartek, 7 czerwca 2012

Bóg stworzył nasze ciała i nie wstydzi się dzieła swych rąk

Sam Pan Jezus Chrystus jest naszym doskonałym przykładem, a On nie znał podzielonego życia. Żył na ziemi przed obliczem Swego Ojca bez napięć od dzieciństwa aż do śmierci na krzyżu. Bóg przyjął ofiarę całego Jego życia i nie zrobił różnicy między jednym czynem a drugim. "Ja zawsze czynię to, co się Jemu podoba",/Jn.8.29/ tak w skrócie powiedział On o swym życiu, które było związane z Ojcem. Gdy poruszał się między ludźmi, był zrównoważony i pełen spokoju. Uciski i cierpienia, jakie przeżył, wynikały z tego, że On poniósł grzech świata. Nigdy nie były one wynikiem Jego moralnej niepewności lub duchownego nieprzystosowania. 
Wezwanie Pawła, "wszystko na chwałę Bożą czyńcie"/1Kor.10.31/ jest czymś więcej niż tylko pobożnym idealizmem. Jest to integralna część świętego objawienia i ma być przyjmowana jako prawdziwe Słowo Prawdy. Otwiera to przed nami możliwość czynienia w życiu wszystkiego na chwałę Boga. Abyśmy nie bali się odnieść tego do wszystkiego, Paweł wymienia szczególnie jedzenie i picie. Te przyziemne czynności dzielimy wraz ze zwierzętami, które giną. Skoro te czyny można tak wykonywać, by chwaliły Boga, to trudno sobie wyobrazić, co by nie mogło Go chwalić. 

Nienawiść do ciała kultywowana przez zakonników, tak widoczna w dziełach niektórych dawnych świętych pisarzy, zupełnie nie znajduje oparcia w Słowie Bożym. Zwykła skromność występuje w Piśmie Świętym, to prawda, ale nigdy pruderia czy fałszywe poczucie wstydu. Nowy Testament przyjmuje jako rzecz samą przez się zrozumiałą, że nasz Pan w Swoim Wcieleniu rzeczywiście przyjął ciało ludzkie i nie uczyniono żadnego wysiłku, by omijać oczywiste implikacje z tego wynikające. Żył w tym ciele, tu, między nami i nigdy nie uczynił nic, co by nie było święte. Jego obecność w ciele ludzkim na zawsze przekreśla błędne pojęcia, że w ciele ludzkim jest coś wrodzonego, co obraża Boga. Bóg stworzył nasze ciała i nie obrażamy Go, jeśli czynimy Go za to odpowiedzialnym. On nie wstydzi się dzieła swych rąk. 

Natomiast wypaczenie, niewłaściwe użycie i nadużycie naszych ludzkich zdolności daje wystarczająco dużo powodów do wstydu. Czyny ciała dokonane w grzechu i przeciwne naturze nigdy nie mogą czcić Boga. Gdy nasza ludzka wola wprowadza moralne zło, wtedy tracimy czystość i niewinność naszych zdolności, a przecież takimi je Bóg uczynił, Zamiast tego, nadużyliśmy i przekręciliśmy rzecz, która teraz nie może oddawać chwały Bogu jako Stwórcy. 

A.W. Tozer z książki Szukanie Boga

środa, 6 czerwca 2012

Próbują chodzić po linii oddzielającej oba królestwa

"Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek czynicie, na chwałę Bożą wszystko czyńcie". (1 Koryntian 10, 31) 
 
Jedną z największych przeszkód w osiągnięciu wewnętrznego pokoju, którą napotykają chrześcijanie, jest powszechne przyzwyczajenie dzielenia naszego życia na dwie części: świętą i świecką. Ponieważ mniema się, że te dwie części istnieją niezależnie od siebie i są sobie przeciwstawne zarówno pod względem moralnym jak i duchowym, i ponieważ jesteśmy zmuszani przez konieczności życia do ciągłego przechodzenia z jednej części do drugiej, dlatego nasze wewnętrzne życia ma skłonność do rozłamywania się tak, że mamy podzielone życie, zamiast jednego, stanowiącego całość. 

Problem nasz wynika z faktu, że my, którzy idziemy za Chrystusem, jednocześnie mieszkamy w dwóch światach: w duchowym i w materialnym. Żyjemy na ziemi jako dzieci Adama, poddani ograniczeniom ciała, słabościom i chorobom odziedziczonym w naturze ludzkiej. Samo tylko życie wśród ludzi wymaga od nas lat ciężkiego mozołu, wielu trosk i zabiegania o sprawy tego świata. Przeciwieństwem tego jest nasze życie w Duchu Świętym. Tutaj odczuwamy inny, wyższy rodzaj życia. Jesteśmy dziećmi Bożymi. Mamy niebiański status i przeżywamy osobistą wspólnotę z Chrystusem. 

Ten stan rzeczy usiłuje podzielić nasze życie na dwie sfery. Nieświadomie rozróżniamy dwa rodzaje działań. Jedne wykonujemy z poczuciem zadowolenia i mocną pewnością, że są miłe Bogu. Są to święte dzieła i zwykle myśli się, że są nimi modlitwy, czytanie Biblii, śpiewanie hymnów, chodzenie do kościoła i inne czynności wypływające bezpośrednio z wiary. Można je poznać po tym, że nie mają bezpośredniego odniesienia do świata, i nie miałyby żadnego sensu, gdyby wiara nie wskazywała nam innego świata, "...dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie" /2Kor.5.1/. 

Przeciwieństwem tych świętych czynów są czyny świeckie. Są to zwykłe życiowe czynności, które dzielimy wraz z innymi córkami i synami Adama: jedzenie, spanie, praca, zaspokajanie potrzeb ciała, wykonywanie zwykłych i prozaicznych obowiązków tu na ziemi. Te rzeczy często wykonujemy niechętnie i z wielką obawą, często przepraszając Boga za to, co uważamy za stratę czasu i siły. Wynikiem tego jest to, że przez większość czasu czujemy się źle. Wykonujemy nasze powszednie zadania z poczuciem głębokiego niezadowolenia, mówiąc sobie melancholijnie, że nadejdzie kiedyś lepszy dzień, gdy pozbędziemy się tej ziemskiej skorupy i nie będziemy się już więcej zajmować sprawami tego świata. 

Jest to stara antyteza, przeciwieństwo świeckiego i świętego. Większość chrześcijan dała się złapać w jej pułapkę. Nie mogą osiągnąć dającego zadowolenie dopasowania pomiędzy żądaniami obu światów. Próbują chodzić po linii oddzielającej oba królestwa i w żadnym z nich nie znajdują pokoju. Ich siła jest zredukowana, poglądy pełne zamieszania, a radość odebrana.
Wierzę, że taki stan rzeczy nie jest wcale konieczny. Wybór jest trudny, to prawda, lecz dylemat nie jest rzeczywisty. Jest to wytwór nieporozumienia. Ta antyteza nie ma oparcia w Nowym Testamencie. Bez wątpienia wyzwoli nas od niej głębsze zrozumienie prawdy chrześcijańskiej. 

A.W. Tozer z książki Szukanie Boga

wtorek, 5 czerwca 2012

Innym źródłem brzemienia jest sztuczność.

Innym źródłem brzemienia jest sztuczność. Jestem pewien, że większość ludzi żyje w ukrytym strachu, że pewnego dnia przez nieuwagę i przypadek jakiś wróg lub przyjaciel zajrzy do ich biednej, pustej duszy. Tak wiec nigdy nie czują się swobodnie. Ludzie na świeczniku są napięci i w ciągłym pogotowiu, że mogą być przyłapani na wypowiedzeniu czegoś pospolitego czy głupiego. Wytrawni podróżnicy obawiają się, że mogą spotkać jakiegoś Marco Polo, który będzie mógł opisać jakiś odległy punkt, w którym oni nigdy nie byli. 

Ten nienaturalny stan jest częścią naszego smutnego dziedzictwa grzechu, a dodatkowo w naszych czasach jest on jeszcze bardziej pogłębiony całym naszym sposobem życia. Reklama jest oparta na wykorzystaniu tego nawyku udawania. Oferowane są "kursy" w tej lub innej dziedzinie ludzkiej umiejętności odwołujące się bez ogródek do pragnienia ofiar, by zabłysnąć na przyjęciu. Sprzedaje się dużo, książek, ubrań i kosmetyków dzięki wykorzystaniu pragnienia, aby wyglądać inaczej niż jesteśmy naprawdę. Sztuczność jest takim przekleństwem, które zniknie dopiero w momencie, gdy uklękniemy u stóp Jezusa i poddamy siebie cichości. Wtedy nie będziemy troszczyć się o to, co ludzie o nas myślą, o ile Bóg będzie z nas zadowolony. Wtedy najważniejsze będzie to, kim jesteśmy. To, kim jesteśmy w oczach innych ludzi, zajmie dalekie miejsce wśród naszych zainteresowań. Z wyjątkiem grzechu nie ma nic, czego mamy się wstydzić. Tylko grzeszne chęci, by błyszczeć budzą w nas pragnienie, by wyglądać na kogoś innego niż jesteśmy. 

Świat jest pełen boleści z powodu ciężaru dumy i pozorów. Oprócz cichości Chrystusa nie ma uwolnienia od tego brzemienia. Wytężony wysiłek rozsądku może trochę pomóc, ale siła nawyku jest tak wielka, że nawet jeśli stłumimy go w jednym miejscu, to i tak pokaże się gdzie indziej. Do wszystkich ludzi mówi: "Pójdźcie do Mnie, a Ja wam sprawię pokrzepienie". Pokrzepienie, które On daje jest odpocznieniem w cichości, wspaniałą ulgą, która przychodzi wtedy, gdy uznamy siebie za takich, jakimi jesteśmy i gdy przestaniemy udawać innych. Na początku będzie to wymagać odwagi, ale w miarę, jak będziemy poznawać, że niesiemy to nowe i miłe jarzmo wraz z samym Synem Bożym, przyjdzie i niezbędna łaska. On mówi o tym: "Moje jarzmo" i idzie z jednej strony, podczas gdy my z drugiej. 

Panie, uczyń mnie jak dziecko. Uwolnij mnie od pragnienia konkurowania z innymi o miejsce, poważanie lub stanowisko. Pragnę być prosty i naturalny, jak małe dziecko. Uwolnij mnie od pozorów i udawania. Przebacz mi moje wyobrażenie o sobie. Pomóż mi zapomnieć o sobie i znaleźć prawdziwy pokój w patrzeniu na Ciebie. Uginam się przed Tobą, abyś mógł mnie wysłuchać, abym w ten sposób mógł znaleźć pokrzepienie - Amen.
 
A.W. Tozer z książki Szukanie Boga

poniedziałek, 4 czerwca 2012

W sobie jestem niczym, w Bogu - wszystkim.

Cichy człowiek nie jest lękliwą myszą opanowaną poczuciem niższości. Jest raczej w swym moralnym życiu odważny jak lew i mocny jak Samson, ale przestał się kręcić wokół siebie. Przyjął Bożą ocenę swego życia. Wie, że jest beznadziejnie tak słaby, jak powiedział. Ale paradoksalne jest to, że w tym samym momencie wie, że w Bożych oczach ma większą wartość niż aniołowie. W sobie jest niczym, w Bogu - wszystkim. Takie jest jego motto. Wie, że świat go nigdy nie ujrzy takim, jakim widzi go Bóg i dlatego przestał się martwić. Doskonale odpoczywa pozwalając, aby Bóg dokonał swojej własnej oceny. Będzie cierpliwie czekał dnia, gdy każda rzecz otrzyma swoją metkę, z ceną, a wtedy ujawni się prawdziwa wartość. Wtedy sprawiedliwi będą jaśnieć w Królestwie swego Ojca. Jest gotów czekać na ten dzień. Lecz zanim to nastąpi, osiągnie stan odpocznienia duszy. Chodząc w cichości będzie szczęśliwy powierzając Bogu swoją obronę. Dotychczasowa szamotanina, by samemu bronić siebie, jest zakończona. Odnalazł pokój, który przynosi cichość. 

Będzie również uwolniony od ciężaru udawania. Nie chodzi tu mi o obłudę, ale o ludzkie pragnienie wspólne wszystkim, by ukazać światu swą najlepszą stronę. Grzech wmówił nam wiele złych nawyków, a jednym z nich jest fałszywe poczucie wstydu. Prawie nie ma człowieka, który ośmielał by się być takim, jakim jest, bez ulepszania pozostawionego wrażenia. Strach przed odkryciem się gryzie jak szczur ludzkie serca. Człowiek kulturalny obawia się, że spotka człowieka o większej kulturze. Wykształcony obawia się spotkać bardziej wykształconego. Bogaty poci się ze strachu, że pewnego dnia jego ubrania, samochód lub dom, będą wyglądać tanio w porównaniu z rzeczami innego bogatego człowieka. Tak zwane "wytworne towarzystwo" funkcjonuje w oparciu o motywacje tego rodzaju, również biedniejsze warstwy na swym poziomie nie są lepsze. 

Niech nikt się z tego nie śmieje. Takie brzemiona prawdziwe i stopniowo zabijają ofiary tego zła i nienormalnego sposobu życia. A sposób myślenia nabyty w ciągu wielu lat przez taki stan rzeczy czyni prawdziwą cichość nierealnym marzeniem, niedościgłym jak gwiazdy. Wszystkim ofiarom tej gryzącej choroby Jezus mówi: "Musicie się stać jak małe dzieci". /Mat18.3/ Ponieważ dzieci nic nie porównują. Radują się z tego, co mają, bez odnoszenia tego do czegoś innego. Dopiero gdy dorosną i grzech zacznie siać zamieszanie w ich sercach, pojawia się zazdrość i nienawiść. A wtedy już nie potrafią radować się z tego, co mają, jeśli ktoś ma coś lepszego lub większego. Na ich duszę już w młodym wieku zstępuje ciężar i nigdy ich nie opuszcza aż do chwili, gdy Jezus dokona uwolnienia. 

A.W. Tozer z książki Szukanie Boga

piątek, 1 czerwca 2012

Przypatrzmy się naszemu brzemieniu

Jezus często używał słowa "cichy" w krótkich, zwięzłych zdaniach, a dopiero później wyjaśniał jego znaczenie. W Ewangelii Mateusza Jezus mówi nam o cichości coś więcej i odnosi ją do naszego życia. "Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo i uczcie się, że jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje słodkie jest, a brzemię lekkie". /Mat.11.28-30./ Mamy tu przeciwstawione dwie rzeczy: brzemię i pokrzepienie. Brzemię nie jest czymś szczególnie odnoszącym się do bezpośrednich słuchaczy, ale jest to brzemię, pod którym ugina się cała ludzkość. Nie chodzi tu o ucisk polityczny, ubóstwo lub też ciężką pracę. Jest to brzemię o wiele głębszej natury. Odczuwają to zarówno bogaci jak i biedni, bo od niego nie może uwolnić ani bogactwo, ani próżniactwo.
 
Brzemię noszone przez ludzkość jest ciężkie i przytłaczające. Słowo użyte przez Jezusa oznacza ciężar aż do wyczerpania. Pokrzepienie jest po prostu uwolnieniem od tego ciężaru. Nie polega to na robieniu czegoś, ale na tym, co na nas przychodzi, gdy kończymy pracę. Jego własna cichość jest tym pokrzepieniem. 

Przypatrzmy się naszemu brzemieniu. Jest to coś całkowicie wewnętrznego. Atakuje serca, umysł i sięga do wewnątrz. Po pierwsze mamy brzemię dumy. Brzemię samolubstwa jest naprawdę ciężkie. Pomyślcie sami, czy większość smutku nie powstaje, gdy ktoś mówi o nas lekceważąco? Dopóki będziemy sami dla siebie bożkiem, w stosunku do którego musimy być lojalni, dopóty zawsze znajdą się tacy, którym będzie sprawiało przyjemność obrażanie tego bożka. Jaką więc możemy mieć nadzieje na wewnętrzny pokój? Nigdy nie doprowadzi nas do odpocznienia nawet największy wysiłek serca, by obronić się przed każdą obrazą, przed narażeniem honoru, przed złymi opiniami przyjaciół lub wrogów. Prowadzenie takiej walki przez lata powoduje, że to brzemię staje się nie do zniesienia. A jednak synowie tej ziemi ciągle noszą to brzemię, skrupulatnie sprawdzają każde słowo o nich wypowiedziane, skręcają się pod każdą krytyką , odczuwają ból na każdą urojoną obrazę, nie mogą spać, jeżeli ktoś lepiej jest traktowany od nich. 

Takie brzemię nie musi nas przygniatać. Jezus zaprasza nas do swego odpocznienia w Nim, a cichość jest Jego pokrzepieniem. Cichy człowiek wcale nie martwi się o to, kto jest większy od niego, bo już dawno temu zadecydował, że ocena tego świata nie jest warta zachodu. W stosunku do siebie rozwija miłe poczucie humoru i uczy się mówić do siebie: "Ach, więc zostałeś pominięty? Ktoś inny był ważniejszy? Szeptali, że właściwie jesteś zupełnie byle kim. A teraz czujesz się zupełnie urażony, ponieważ świat mówi o tobie rzeczy, które sam o sobie mówiłeś? Właśnie wczoraj powiedziałeś Bogu, że jesteś niczym, prochem. Gdzie jest twoja konsekwencja. Dalej więc, upokórz się i przestań się martwić co myślą ludzie!" 

A.W. Tozer z książki Szukanie Boga